Stronę wyświetlano:

sobota, 30 lipca 2011

03. Jego ofiara, w kłopocie.

Dzisiejszy odcinek wyjątkowo długi i wyjątkowo zagmatwany, ale chyba tłumaczyłam już, jak będę pisać. Miałam natchnienie i przyznam, że mi się podoba, ale ocenę pozostawiam czytelnikom - trudno oceniać tekst, który ci się przejadł. Zresztą był inny, ale komputer znów poszedł do formatowania. Szkoda, ale ten chyba jest ciekawszy. Zapraszam do lektury.

*** 

Czas mijał nieubłaganie, jak to miał w swym zwyczaju. W końcu Aidia przyzwyczaiła się do stałego bycia napastowaną przez Sebastiana. Tak więc nawet, gdy w dniu zakończenia roku szkolnego przyjechał po nią i jak gdyby nigdy nic pochwalił za poprawienie ocen studiując jej świadectwo, nie wytrąciło jej to z równowagi. Przynajmniej niezbyt mocno. A jednak nie warto kręcić głową nad naiwnością Różyczki. Wielokrotnie próbowała odkryć motywy zainteresowania demona jej osobą, nieraz też poruszała ten temat w ich rozmowach. Ponieważ nigdy nie pytała wprost, Sebastian zawsze zgrabnie sprowadzał rozmowę na inny tor, za każdym razem uśmiechając się pobłażliwie. Po dwóch miesiącach dziewczyna skapitulowała tłumacząc sobie, że jeśli ma tego później pożałować, i tak jest to nieuniknione. Prawda była jednak taka, że przywiązała się do niego i zwykła słabość powoli usypiała jej czujność.
Sebastianowi tymczasem wielką radość…cóż, może raczej satysfakcję sprawiało obserwowanie jej. Był zaintrygowany nową zabawką i bawiło go patrzenie, jak bardzo przywiązuje się do niego, jak czerwieni się, kiedy ten się zbliży…bawiła go każda oznaka jakichkolwiek uczuć z jej strony. A trzeba przyznać, że była ciekawszym obiektem do obserwacji, niż Ciel. Demon nie zapominał, do czego dąży, ale finał gry nie byłby tak wspaniały, gdyby nie słodki okres oczekiwania.

***
- Aidio, powinnaś wstawać.
Dziewczyna mruknęła coś i przewróciła się na drugi bok. Sebastian nachylił się nad nią, delikatnie odgarnął jej włosy i z twarzą zawisłą o milimetry od niej szepnął:
- Kochanie…czas wstać, już dałem ci odespać po wczorajszym.
Róża natychmiast zerwała się z łóżka.
- SŁUCHAM?!
- Za pozwoleniem, moja dykcja jest…
- CO TO MIAŁO ZNACZYĆ?! „KOCHANIE”?!
Demon uśmiechnął się.
- To nieistotne. Wstałaś, prawda?
***
- W tak krótkim czasie świat zaskakująco się zmienił. Naprawdę, trudno orzec, czy koniecznie na lepsze…żeby to coś w sklepach nazywać herbatą…
Aidia otworzyła usta, żeby przypomnieć parzącemu zdobytą skądś „dobrą” herbatę Sebastianowi, iż jako demon nie może czuć smaku jakiegokolwiek napoju, jednak opanowała się. Ten spojrzał na nią przelotnie i mówił dalej.
- Kłamstwo obecne jest nawet w zwykłych pudełkach z herbatą. Zdumiewające, jak można tę niewprawną kombinację nazwać Earl Grey’em…
Dziewczyna znów otworzyła usta, żeby przypomnieć mu, że się powtórzył, ale opanowała się.
- Zakłamanie wyczuwam nawet w twoim milczeniu, bo wyraźnie chcesz coś powiedzieć, a jednak już od czterdziestu trzech minut i trzydziestu ośmiu sekund milczysz. Winny jestem ci gratulacje, bo rzadko pozbawiasz mnie przyjemności słuchania twego głosu na tak długo.
Aidia już chciała się odgryźć, jednak znów się opanowała. Demon odwrócił się, żeby nalać wrzątku do imbryka – dziewczyna nie widziała więc jego uśmiechu.
- Albo pragniesz sprowokować u mnie jakieś działania poprzez zmuszenie mnie do odczytywania swych niewyrażonych życzeń, albo jesteś obrażona, bo coś cię trapi i zrzucasz odpowiedzialność za to na mnie. A ponieważ nie widzę powodu, dla którego miałabyś być obrażona…
- Nie lubię Earl Grey’a! – stwierdziła szybko Róża.
- Ach, nie piłaś nigdy prawdziwego Earl Greya. – Sebastian, nie ukrywając zadowolenia, podsunął dziewczynie filiżankę z napojem.
Dziewczyna wahała się przez chwilę, ale w końcu chwyciła ją. Sebastian usiadł naprzeciwko.
- Więc, o co chodzi tym razem?
- Nie zaczynamy zdania od „więc”. – Warknęła Aidia.
- Wydaje mi się, że nie o poprawność gramatyczną mojej wypowiedzi spytałem.
Róża przez chwilę milczała. W końcu postawiła filiżankę z hukiem i wstała.
- Co miał oznaczać ten tekst dziś rano?! I co ty w ogóle robiłeś u mnie o tej porze?
- Byłem tu całą noc.
Dziewczyna pobladła.
- Ale…w nocy…gdzie?
- Cóż za niemądre pytanie. Z tobą, oczywiście.
Aidia jęknęła i oparła się o ścianę. Na twarzy Sebastiana wykwitł uśmiech sadysty znęcającego się nad bezbronną ofiarą.
- Sebastian…żartujesz sobie?
- Nie rozumiem, gdzie widzisz tu miejsce dla żartów.
Nastała chwila pełnej oczekiwania ciszy. Właściwie to Aidia oczekiwała, rozpaczliwie wyszukując w swej pamięci jakichś wspomnień z wczorajszego wieczoru. Sebastian…w sumie to trudno powiedzieć, co robił, bo jego postawa jakoś się nie zmieniła. W końcu podszedł do dziewczyny, objął ją delikatnie i cicho powiedział:
- Jeśli następnym razem wrócisz o tej porze i w takim stanie, to twoja siostra będzie trzymać twoje włosy nad muszla klozetową, poić cię rumiankiem i usypiać. Tylko, że ona nie będzie taka uprzejma z rana.
- SEBASTIAN!
- Nic się nie wydarzyło. Zresztą raczej byś pamiętała. – Tutaj uśmiechnął przebiegle.
- JA MAM SZESNAŚCIE LAT!
Demon puścił ją.
- Więc pamiętaj o tym następnym razem, kiedy będziesz chciała sobie poimprezować.

Wkrótce Aidia już nawet zaniechała buntów i oświadczeń, jakoby Michaelis nie miał prawa jej tak pilnować. Ponadto polubiła Earl Grey’a. Jednak to chyba nieistotne. Istotne jest to, że Aidia bez nadzoru nie poszła już na żaden koncert ani nawet domówkę. Ponieważ nadzór ów stanowił Sebastian, dziewczyna wolała na wszelki wypadek wyrzec się tych przyjemności. Mimo to nie miała powodów, by narzekać na nudę…

Sebastian, prowadzony po trosze brakiem pomysłów na to, co mógłby ze sobą zrobić, kiedy nie ma co robić, oraz po trosze sam-nie-wiedział-czym kupił sobie dom. O źródło funduszy Aidia wolała nie pytać, co do innych – cóż, jeśli przystojny, charyzmatyczny i dobrze ubrany młody mężczyzna nie budził w nich zaufania, budziły je same pieniądze i nikt nie odczuwał potrzeby, by nie iść w ślady panny Carter w tej kwestii.
Nie był to zwyczajny dom. Dość spora posiadłość z parkiem była niegdysiejszą letnią rezydencją pewnego bogatego małżeństwa. Późniejsi spadkobiercy owego cuda rozjechali się po świecie od lat nie raczyli zerknąć nawet na rozpadający się dom, odmawiali też udostępnienia go zwiedzającym. Kiedy ostatni właściciel zaczął popadać w długi, przypomniał sobie o opuszczonej posiadłości i sprzedał ją pierwszej chętnej osobie, później z resztą wyśmiewając jej naiwność. Michaelis jednak nie był naiwny. Trzeba rzec, że raczej piekielnie sprytny. Bo jakimś cudem niewiele później rozpadająca się rezydencja wróciła do dawnej świetności.
Kiedy Aidia po raz pierwszy odwiedziła Sebastiana, o mało nie zemdlała. O mało, bo omdlenie z pewnością przeszkodziłoby jej w radosnym obiegnięciu wszystkich pomieszczeń i wybraniu sobie pokoju. Na szczęście Sebastian postanowił zignorować tę śmiałość zanim jeszcze miała miejsce – w końcu sam ją przewidział. Ciekawie będzie mieszkało się z nią na jego prawach, nawet na krótko.
Początkowo dziewczyna jedynie odwiedzała Sebastiana tak jak wcześniej on ją, aż raz zasiedziała się do późna. Wówczas Sebastian z chytrym uśmieszkiem odmówił zarówno odwożenia jej, jak i wypuszczenia samej o tej porze, przypominając o ilości pokoi i tym jednym, przywłaszczonym przez nią. Wtedy pierwszy raz została u niego na noc, później powtórzyło się to kilka razy, gdyż Sebastian postanowił skracać jej godzinę policyjną nie zważając na jakiekolwiek oznaki zażenowania czy protesty. W końcu dom Michaelisa stał się jej środowiskiem naturalnym. Nawet i jego samego nieśmiało nazywała przyjacielem, co wywołało u niego ironiczny uśmieszek – jedyna osoba, która zrobiła to przed nią, od dawna nie żyła. Aidia pokochała klimat posiadłości i godzinami potrafiła wysiadywać w ogrodzie lub biegać po nim z aparatem, najczęściej za właścicielem domu, kiedy tylko się pojawił. Oczywiście pojawiał się często – Aidia była nie tyle jego „przyjaciółką” czy gościem, co zabawką, obiektem obserwacji. Wciąż bawiło go przekomarzanie się z nią i jej reakcje, często zupełnie niespodziewane, dlatego lubił mieć ją przy sobie, choć może to zabrzmieć nieco sentymentalnie.

Pewnego wieczoru, po całodziennym upale rozpętała się burza. Trwała do późna, co utrudniało Róży sen, więc usiadła na szerokim parapecie i przyglądała się tej apokalipsie z bezpiecznego kąta. Nie miała w sumie pewności co do tego bezpieczeństwa, ale mało ją to obchodziło. Nie bała się burzy i zawsze szczerze wyśmiewała tych kulących się ze strachu. Gdy była młodsza, często prowokacyjnie wybiegała w ulewę i śmiała się z każdego grzmienia, co jej opiekunów przyprawiało o palpitacje.
Zagrzmiało. Aidia oparła głowę o szybę i z fascynacją obserwowała niemalże wściekłą ulewę.
- Znów nie śpisz.
Prawie podskoczyła.
- Dlaczego wchodzisz bez pukania?!
- Pukałem.
- Wcale nie, niczego nie słyszałam.
- Zasłuchana w swoich myślach?
- Co tu robisz? – Warknęła, zwracając Sebastiana w stronę prozaicznej rzeczywistości.
- Chciałem sprawdzić, czy ta pogoda cię nie niepokoi.
- Nie niepokoi. Wyjdź. – Róża czuła się przyłapana – oto obiekt jej rozmyślań pojawił się tu na jawie.
Zaśmiał się i usiadł obok.
- Zapominasz się. Pamiętaj, że jesteś tu gościem.
- Więc chyba mam prawo do prywatności?!
- Nie odbieram ci go. Tylko że ja, jako twój gospodarz, mam obowiązek towarzyszyć ci i pilnować, byś się nie nudziła.
- Aha.
- Gorzko zabrzmiało to „aha”. Jakbyś zawarła w nim jakieś zarzuty.
- Może źle wykonujesz swój obowiązek?
Uśmiechnął się i dziewczyna pożałowała swoich słów. Ten uśmiech nie wróżył niczego dobrego.
- Mogę sprawić…żebyś się nie nudziła. – wyszeptał zbliżając swoja twarz do niej. Ręce oparł o ścianę za nią odcinając Róży drogę ucieczki. Poczuła, że jest jej gorąco.
- Więc przyszedłeś, żeby…
- Nie zaczyna się zdania od „więc”.
- Sebastian!
- Tak.
- Ty podły...
- W końcu… - palcami jednej ręki delikatnie przeczesał jej włosy – jestem demonem.
Spuściła wzrok.
- Ale wiem, że nie krzywdzę cię tym w żaden sposób. Widziałem twoje spojrzenia.
- Idiota!
Aidia była już zupełnie rozdarta. Fakt, Sebastian miał…dziwne poczucie humoru i często zabawiał się jej kosztem, ale nigdy nie zaszło to za daleko. Zawsze, mimo zdradzieckich rumieńców na twarzy, których nie mogła w żaden sposób powstrzymać, wiedziała, że demon robi sobie żarty. Bała się przyznać sama przed sobą, że zaczynało ją to ranić. Miała bolesną świadomość, że przez niego czuje coś dziwnego, że samo jego pojawienie się zaczyna wywoływać u niej nieznane wcześniej reakcje. Czuła się uzależniona, ale wmawiała sobie, że po prostu przeżywa młodzieńczy, złudny zachwyt, bo Sebastian jest starszy, przystojny, i…cóż, nazwijmy to utalentowaniem. W dodatku był demonem, co już zupełnie było abstrakcyjne. Do dwuznacznych sytuacji doprowadzał często, ale nigdy jeszcze nie czuła, ze jest tak blisko.
- Kogo nazywasz idiotą?
- Widzisz tu jeszcze kogoś?
- Aidia, boisz się mnie?
- Dlaczego niby miałabym…
- Więc spójrz na mnie.
- Nie.
- Boisz się.
- Nie!
- Syndrom wyparcia?
- Przestań się ze mną bawić! – wrzasnęła dziewczyna próbując odepchnąć demona od siebie.
Zaśmiał się, a Aidię przeszedł dreszcz.
- Teraz to mówisz? Co robiliśmy przez cały czas, jeśli się nie bawiliśmy? Czym była nasza znajomość, jeśli nie grą? Wiesz, spróbuj czasem odpuścić. Życie… -
Zagrzmiało i błyskawica rozświetliła pokój.
- Jest grą. – W tym momencie Aidia faktycznie odpuściła. Ustami wpiła się w jego wargi i wsunęła rękę w czarne włosy. Jeśli to gra, nie ma nic do stracenia, prawda? Nie będzie napięcia, dziwnego zachowania. Nie ma zobowiązań. To tylko gra. A Róża ma prawo ulec pokusie, gdy on jest tak blisko. Sebastian pogłębił pocałunek. Trwali tak przez dłuższą chwilę, aż Michaelis delikatnie oderwał się od dziewczyny. Jej szeroko otwarte oczy błyszczały, niemalże rozpaczliwie starała się uspokoić oddech.
- Wybacz. – Rzekł Michaelis. – Ale chyba mamy gościa.

piątek, 10 czerwca 2011

02. Jego ofiara, zdemaskowana.

 Na początku przypominam, że opowiadanie to jest ucieleśnieniem samowoli, jeśli tak można nazwać tekst. Jeden rozdział może ociekać patosem, inny będzie bezczelną parodią tudzież satyrą, wszystko jednak trzymać się będzie fabuły. Po prostu zawisłam w próżni, wciąż mając chęć na tworzenie, ale za każdym razem czego innego, stąd to coś. Lepiej chyba wszystko wrzucić do jednego worka. 
Ponieważ nie jest to mój komputer, w rażący sposób ignoruje on moje polecenia, dlatego też miałam trudności z wklejeniem rozdziału. "Kłopoty z myszką" to takie dwuznaczne określenie, nieprawdaż?
Rozdział dziś jest z nami dzięki uprzejmości (lub sadyzmowi) Oli Em, która to dzielnie wysyłała mi na GG pocięte na kawałki rozdziały oraz czytała owe wypociny, racząc mnie swą jakże znaczącą opinią. 
No i to wszystko. Tych, którzy jeszcze nie skapitulowali, zapraszam do lektury.

 2.
W sobotę rano Róża obudziła się z czymś w rodzaju kaca moralnego. Wywalili ją ze szkoły. Jakkolwiek zbytnio nie przejęła się tym zdarzeniem w dniu jego zajścia, tak w chwili obecnej powoli zaczynała panikować. Wyrzucić ucznia zaraz po egzaminach – chore.
Trzeba będzie powiedzieć Alice. Co z tego, że ją za to ukatrupi.
Aidia powlokła się leniwie do salonu, gdzie zostawiła telefon. To jest, jakieś dwa metry w prawo od łóżka. Mieszkanie miało dwa małe pokoje, kuchnię oraz łazienkę, a rozmiar żadnego z pomieszczeń nie pozwalał nazywać go salonem. Ale to taka ładna nazwa.
W każdym razie, Aidia już chwyciła telefon, chcąc (właściwie to nie chcąc) skontaktować się z siostrą, kiedy jej uwagę przykuł mały szczegół. Była czwarta rano. Przekazanie informacji o wydaleniu ze szkoły tak wczesną porą mogłoby wydawać się kuszące, a to ze względu na silne ramiona Morfeusza, z których rozmówca najpewniej nie zdołałby się wyrwać. Na Alice jednak, a właściwie na Alicji Dembskiej ta metoda nie zadziałałaby zbyt sprawnie – najwyżej przybyłby jej jeszcze jeden powód do zamordowania siostry.
Mamrocząc pod nosem coś mniej-więcej w stylu „kitnamushkilyehgaanazaragaakedikhana…akaka, kuroka…kurwa mać” Róża powlokła się do łazienki i… W sumie to nieistotne. Następnie ubrała się w to, co było w zasięgu wzroku, związała włosy i około za kwadrans piąta wyszła z domu.
***
Sebastian krążył samotnie ulicą próbując znaleźć sobie w miarę ciekawe zajęcie. Pora była zbyt wczesna, by ci leniwi i tak żałośnie chwytający się każdej minuty snu ludzie zaczęli wychodzić na ulice, więc trudno było mu znaleźć punkt zaczepienia. Dostrzec można było jedynie kilka mało interesujących istot, pospiesznie drepczących w kierunku swoich miejsc pracy. Tej dziewczyny nigdzie nie mógł dostrzec – ale czego można było się spodziewać po nastolatce w tych czasach? Dziś osoby w jej wieku potrafiły spać nawet do południa. Demon uśmiechnął się pogardliwie. Ludzie. Śmieszne istoty.
Postanowił skierować się w stronę parku. Było to jedno z niewielu miejsc, które go dziś nie drażniło – przypominało mu ogród posiadłości Phantomhive. Cóż za urocze czasy.
Spacerując powoli dostrzegł na ławce oddalonej o kilkanaście metrów znajomą sylwetkę. Dziewczyna siedziała pochylona nad książką, jej twarz zasłaniały długie, ciemne włosy. Mimo to wiedział, kim jest. Spojrzał na zegarek – nie ma co, zaskoczyła go. Zaczął głośno nucić i niespiesznie ruszył w kierunku Aidii. Kiedy ją mijał, wzdrygnęła się i podniosła głowę, zaskoczona na dźwięk znajomego głosu.
- Dzień dobry. – Sebastian uśmiechnął się nieco złośliwie. Oczywiście, złośliwe uśmiechy nie są zbyt popularnymi środkami do zawierania ani tym bardziej rozwijania nowych znajomości, lecz demon miał to głęboko w poważaniu. Niestety, Róża już nie.
- Dzień dobry. – Odpowiedziała. W sumie, to równie dobrze mogła powiedzieć „spierdalaj dziadu”, bo ton był taki sam.
- Spotykam cię już drugi raz w tym tygodniu. Zapewne wypada nam się zapoznać. Jestem Sebastian Michaelis.
- Wiem. – Oznajmiła patrząc podejrzliwie na demona.
- Czy twoje imię jest tajemnicą?
Aidia normalnie uznałaby go za pedofila i uciekła do domu, ale ta osoba miała w sobie coś przyciągającego. No i ładnie pachniała. Co nie znaczyło, że Róża powinna być miła.
Ponieważ nie chciała też Sebastiana obrazić, a trudno było jej w danej chwili dłuższą wypowiedzią tego nie zrobić, powiedziała tylko „tak”.
Demon przez chwilę rozkoszował się ciszą, jaka nastąpiła po tym krótkim potwierdzeniu, po czym postanowił zaprzestać zabawiania się z nią. Przynajmniej na razie.
- Oziębła z ciebie osoba, Aidio Rose Carter.
Nie odpowiedziała. Po dłuższej chwili spojrzała na niego z ironicznym uśmiechem.
- O co chodzi? – Spytała.
Ciekawa osoba. Taka mała, drobna i krucha, że mógłby w tej chwili pocałunkiem wydusić z niej życie. Nie byłaby w stanie się bronić. A patrzyła, jakby drwiła z niego. Ludzie.

***

- Aidia, obudź się – zaśpiewał miękko Sebastian. Nie, nie znajdowali się w sypialni. Byli w McDonaldzie i Aidia właśnie zasnęła na stole. Po kilkukrotnym powtórzeniu czynności, co trochę jednak trwało, dziewczyna poderwała się, głośno wciągając powietrze.
- Ożesz – skomentowała – na długo odpłynęłam?
- Tylko na jakieś cztery godziny – oznajmił z serdecznym uśmiechem Sebastian – najwyraźniej za późno się położyłaś.
- Raczej za wcześnie wstałam – wymruczała Róża.
„Ludzie.” – pomyślał Sebastian.
Tymczasem do Róży dotarły wcześniejsze słowa Michaelisa.
- Przez cztery godziny spałam na stole? – zapytała spokojnie.
- Na to wygląda.
- Nie obudziłeś mnie?
- Właśnie to zrobiłem.
Róża jedynie obdarzyła towarzysza chłodnym spojrzeniem i zaczęła grzebać w kieszeniach w poszukiwaniu drobnych na kawę. Wciąż okropnie chciało jej się spać. Nic dziwnego, po trzech godzinach snu i pięciu następnych spędzonych z dziwnym nieznajomym, który w owym czasie udowadniał jej, że jest demonem. Naprawdę, nic dziwnego.
- Pańska kawa – beznamiętnie oznajmiła pulchna pracownica restauracji, stawiając na ich stoliku tacę z dużym espresso. Sebastian postawił kubek z napojem przed Aidią.
- Dla siebie nie wziąłeś?
Demon tylko uśmiechnął się pobłażliwie.
- Dzięki, ile ci wiszę?
- Pozwól, że cenę podam ci nieco później.
Carter odchrząknęła, wyjęła z pewnej zgrabnej skrytki zwanej kieszenią bluzy banknot dziesięciozłotowy i położyła przed demonem stwierdzając:
- reszty nie trzeba.
On zaś postanowił tego nie komentować i po prostu schował banknot do kieszeni. Jakby w ogóle go potrzebował.
- Właściwie, to od kiedy w McDonaldzie pracownicy donoszą jedzenie do stolika?
Uśmiech.
- Jeśli mnie poprosisz, od dzisiaj.
***
- Nadal nie powiedziałeś mi…
- Potrzebuję tylko twojego pozwolenia, a zdążę powiedzieć ci jeszcze wiele rzeczy – Sebastian postanowił obrać inną taktykę, onieśmielając Różę bliskością. Mówiąc to, przyparł ją do najbliższej ściany i pochylił się nad nią tak, że ich twarze dzieliło zaledwie parę centymetrów.
Mimo to, pozwolił jej się wymknąć, gdy tylko spróbowała to zrobić.
- Zakładając, że będę słuchać. Dobranoc. – To powiedziawszy, zniknęła w bramie kamienicy.
Sebastian Michaelis jednak nawet w mroku zdołał dostrzec rumieniec na jej twarzy. Nareszcie satysfakcja.
Podniósł głowę, by zobaczyć, jak zapala się światło w jednym z okien, w którym zamajaczyła pewna znana mu sylwetka.

środa, 11 maja 2011

01. Chytry plan Sebastiana.

Witam! Założyłam tego dziwnego bloga, azaliż od jakiegoś czasu chodzi za mną potrzeba stworzenia dziwnej, banalnej historyjki z tzw. bishouenem w roli głównej. Nie będzie to arcydzieło ("no co ty?"), ale podrzędne opowiadanie podchodzące być może pod groteskę (troszkę absurdalności mi w pisaniu pozostało), którego tworzenie ma na celu wykształcenie mojego stylu oraz oczyszczenie głowy. No i, rzecz jasna, zapewnienie rozrywki. Jeśli nie czytelnikom, to sobie samej. Jako bishouena zapożyczam Sebastiana z mangi i anime "Kuroshitsuji", jest to bowiem mój ideał mężczyzny z wachlarzem wspaniałych zalet począwszy od tego, że nie istnieje. 
Ach, i dla osób, które nie obejrzały anime do konca - w pierwszym akapicie zaczaił się spoiler, albowiem opowiadanie rozgrywa się wiele lat po akcji "Kuroshitsuji".  Zapraszam do lektury.

***

Samotność Sebastiana Michaelisa zaczęła się dnia dziewiątego stycznia roku dwutysięcznego jedenastego. Wtedy to bowiem na zawsze przyszło mu pożegnać się z jego paniczem. Specjalnie mu to nie przeszkadzało - szczerze mówiąc miał dość Ciela. Historia o odejściu młodego (przynajmniej z wyglądu) Phantomhive’a nie jest wcale wybitnie długa – po prostu sam zrezygnował z usług demona. W sumie to trudno mu się dziwić – spędzenie ponad stu lat ze zboczonym lokajem musiało być nieco przytłaczające, nawet, jeśli na początku to Ciel zdawał się być górą. Sebciu jednak niezbyt długo mógł cieszyć się wolnością, bo w kolejce po jego usługi już czekała cala rzesza powalonych fangerlsów („co tam dusza, Sebas-chan będzie mnie kąpał!”).
Kto by pomyślał, że kontrakt połączy z nim kogoś spoza tej kolejki?

Dnia piątego maja tego samego roku Aidia Rose Carter, lub po prostu Różyczka (nikt tak nie przywodzi na myśl choroby, jak ta osoba) właśnie wyszła sobie ze szkoły, radośnie reprezentując mniejszość narodową placówki, na którą zresztą składała się tylko ona i pewien specyficzny osobnik pochodzenia niemieckiego. W sumie to na bycie mniejszością narodową ledwie się załapała, bo jedynie nazwisko mogło coś na ten temat powiedzieć. Na co dzień i tak nazywaną ją Różą. Ksenofobiczni ignoranci.
Ponieważ chodzenie z podniesioną wysoko głową i jednoczesne patrzenie pod nogi wymagałoby posiadania sprawnych gałek ocznych w różnych dziwnych miejscach, nasza bohaterka potknęła się i bardzo niereprezentatywnie zaryła łbem w chodnik.
- Kurwa twoja mać. – zaświergotała melodyjnie, jak na osobę o tak dźwięcznym imieniu przystało. Zaraz jednak na nogi dźwignęła ją silna, męska ręka, należąca do…
- SKANDAL! DO DYREKTORA, NATYCHMIAST!
- Yyy…no dobra. – Stwierdziła Aidia, chcąc zaimponować elokwencją tak mile witającej ją Pani Profesor Od Polskiego.
Nie poszła jednak do dyrektora, z tego prostego powodu, że jej błyskotliwy i chłonny umysł pochłonąć zdążył już zbyt wiele informacji na dziś. Myśli o ważniejszych rzeczach całkowicie wypchnęły to skromne polecenie Pani Profesor. W skrócie – poszła po coś do jedzenia. Ponieważ ceny w sklepiku szkolnym wręcz wołały o pomstę do nieba, obdarzona niezwykłym sprytem bohaterka wymknęła się do niewielkiego sklepu oferującego artykuły papiernicze, spożywcze oraz kserowanie dokumentów. Najczęściej prac domowych.
- DZIEEEEŃ DOBRYY!!!
- Hm. Dzień dobry. Co chcesz?
Tutaj pojawił się problem, albowiem Róża zapomniała, czego chciała.
- Chcę…kucyka. – Oznajmiła po chwili namysłu. Pani za ladą wydała z siebie dźwięk na pograniczu syknięcia i „won stąd pojebie”. Biedna Aidia umiała co prawda wiele, lecz nie znała mowy wężów. Stała sobie, zastanawiając się, co powiedzieć, kiedy nagle do sklepu wpełzł dyrektor.
- Ojej – spokojnie stwierdziła dziewczyna. Uczniom jej gimnazjum nie wolno było opuszczać szkoły między godzinami lekcyjnymi. A tym bardziej w ich trakcie.
***
Sebastian chodził sobie po polskich dróżkach radośnie podśpiewując:
”Dies irae, dies illa,
 Solvet saeclum in favilla:
 Teste David cum Sybilla…”
Po chwili jednak uświadomił sobie, że to może być trochę nie na czasie, więc przerzucił się na Comę.
- WYOBRAŹNIA GDY PRZYMIERA GŁODEEEEM! - W tym momencie ziemia pod jego stopami pękła na pół.
- Oj. Za głośno. – stwierdził.
Jeśli ktoś się jeszcze nie skapnął, demon zmierzał właśnie do szkoły. Do szkoły Aidii, logiczne. W końcu idę w banał, nie? Rzecz jasna, nie wiedział, że to jej szkoła. Nie wiedział, że ktoś taki, jak Aidia Rose Carter w ogóle istnieje. Szukał po prostu jedzenia. Pech chciał, że znalazł Różę.
Kiedy po krótkiej wędrówce (Mazury > Łódź) przekroczył bramę szkoły nie wiedział jeszcze, że za chwilę jego życie przewali się cztery razy do góry nogami i jeszcze raz w bok. Znowu. Nie zdążył nawet przekroczyć progu budynku, bowiem już  na schodach wpadła na niego osobliwa, ciemnowłosa istotka, niewielkiego wzrostu, za to z ogromnym plecakiem zawisłym na ramieniu. Właśnie przez owy atrybut straciła równowagę i prawie zleciała ze schodów.
- Przepraszam. To wszystko wina dyrektora.
Sebastian spojrzał chłodno na istotkę. Nada się. Trochę dziwna, ale co tam, Młoda dusza nie może być aż tak wyniszczona. Demon uśmiechnął się i już chciał zaciągnąć pozornie bezbronne i nieświadome zagrożenia dziewczę w pobliskie krzaki, by zabrać jego duszę, kiedy ze szkoły wylazł dyrektor.
- DLACZEGO TU STOISZ?! NIE MASZ PRAWA PRZEBYWAĆ W TYM MIEJSCU!
- Czemu? – rezolutnie zapytała Aidia.
Dyrektor postanowił zignorować dziewczynę w nadziei, że w końcu sobie pójdzie. Zamiast tego postanowił zająć się Sebastianem.
- Pan w jakiej sprawie?
- Przyszedłem odebrać…siostrzenicę – stwierdził demon patrząc na Różę z dziwnym błyskiem w oku. Dyrektor wytrzeszczył oczy.
- TO jest pana siostrzenica?
- Właściwie, to… - Aidia chciała się wtrącić, jednak Sebastian jednym ruchem przyciągnął ją do siebie i zakrył jej usta dłonią.
- Nie wtrącaj się, kiedy starsi rozmawiają – polecił chłodno.
- Jest pan jej opiekunem?
- Tak. Czy jest jakiś problem?
Aidia w innej sytuacji zaczęłaby gryźć, wierzgać się, krzyczeć i kopać (glanem), ale ponieważ posiadała niezwykle wyczulony węch zaraz zauważyła, że nieznajomy musi używać jakichś jej nieznanych, aczkolwiek bardzo przyjemnych perfum. W sumie to i tak nie miała co robić, a chodzenie po zmroku z fosforyzująca tabliczką krzyczącą „FREE HUGS” było bardziej ryzykowne, więc co tam.
- Proszę pana, oczywiście, że jest problem. Pańska siostrzenica w dniu dzisiejszym została wydalona ze szkoły.
- Ach tak.
- Ale chyba o tym powinniśmy rozmawiać w środku.
Sebastian miał już swoją ofiarę, tak więc przebywanie w zatłoczonym budynku pełnym hałaśliwych dzieciaków tylko nadszarpnęłoby jego nerwy.
 - Spieszę się – oznajmił więc.
Dyrektor już chciał zrobić mężczyźnie wykład, ale widząc wyraz jego oczu, powstrzymał się.
- Dobrze, więc proszę przyjść innego dnia. Pana godność?
- Sebastian Michaelis.
Dyrektor skrzywił się, słysząc obce nazwisko. Łypnął raz jeszcze na Różę i zrezygnowany wtoczył się z powrotem do szkoły.
Demon puścił dziewczynę.
- Za co cię wyrzucili?
- Chyba…- Aidia wytężyła pamięć, albowiem, jak już wspomniałam, obdarzona była niezwykłym talentem do odrzucania od siebie rzeczy błahych. Jak na przykład wywalenie ze szkoły – za wybuch. Tudzież za kumulację kilku wcześniejszych incydentów, których uwieńczeniem był właśnie wyżej wspomniany. – Stwierdziła radośnie na jednym wydechu.
- Ach tak. Co wybuchło? – Sebastian, nawet, jeśli był w jakimś stopniu dziewczęciem zaintrygowany, bardzo dobrze to ukrywał.
- Chciałam pomalować ogień na niebiesko – wyjaśniła wyjmując z bocznej kieszeni plecaka puszkę z farbą w spreju.
- Rozumiem.
Nie rozumiał. Jak dotąd wręcz idealnie opanował zachowania ludzkie, do tego stopnia, że niemal od pierwszego powitania znał drugą osobę na wylot. Wiedział też, że istnieją ludzie zupełnie niesprawni psychicznie, jednak ta tutaj stanowczo do nic nie należała, aczkolwiek z pewnością była odrobinę popieszczona.
- Tak poza tym, dziękuję panu. Gdyby nie pan, zadzwoniłby po policję.
- Nie mogłaś po prostu stąd iść?
- Nie.
- Rozumiem. – powtórzył demon.
Choć Aidii, jako kreatywnej humanistce, powtórzenia niezwykle przeszkadzały, postanowiła nie komentować tego faktu.
- A pan, w jakim celu tu przyszedł? – Zapytała więc, zdecydowana w razie potrzeby wytłumaczyć mu zasady lawirowania wśród labiryntu szkolnych korytarz, by wyrównać dług.
- To już nieistotne.
- Rozumiem. – stwierdziła złośliwie Róża i ignorując zimne spojrzenie demona ruszyła do wyjścia.
Oto Sebastiana Michaelisa znów zaciekawiła jakaś dusza. O kontrakcie nie było mowy – nie miał ochoty użerać się znów z dzieciakami. Ale w swej szlachetnej, demonicznej głowie układał już misterny plan własnej gry, w której nagrodą będzie dusza tej dziewczyny.